Fotografia prasowa Historia Media Warsztat dziennikarski

Bang Bang Club – niebezpieczna pasja

CWR-blog(07.07)
newsletter-680x680

   Czy istnieje zawód bardziej niebezpieczny niż bycie fotoreporterem w strefie wojny? Ciągły lęk, obcowanie ze śmiercią i zniszczeniem – to codzienność fotoreporterów. A jednak bywają ludzie, dla których robienie zdjęć konfliktów jest pasją, a nawet uzależnieniem.

   Tacy właśnie zapaleńcy stworzyli grupę znaną później pod nazwą „Bang Bang Club”. Jej członków – Grega Marinovicha, Kevina Cartera, Kena Oosterbroeka oraz João Silvę wiele dzieliło, łączyła jednak pasja fotografii. Chcieli być w centrum ważnych wydarzeń i pokazywać je światu.

   Zaczęli współpracę na początku lat dziewięćdziesiątych w rodzimej Republice Południowej Afryki. Dla ich ojczyzny był to okres przemian, a także niepokojów. Zwolennicy upadającego apartheidu – ustroju segregacji rasowej dający białej mniejszości władzę w państwie, chwytali się coraz bardziej skrajnych metod, by utrzymać wpływy. Do walki z reformami proponowanymi przez Afrykański Kongres Narodowy z Nelsonem Mandelą na czele ruszyli także Zulusi.

   Do Johannesburga zaczęli spływać fotoreporterzy z całego świata, aby obserwować rodzącą się w bólach afrykańską demokrację. Trafił tam między innymi polski dziennikarz Piotr Andrews. Również dla fotoreporterów z RPA koniec apartheidu oznaczał rozwinięcie skrzydeł po latach cenzury. „Bang Bang Club” narodził się właśnie wtedy. Andrews wspominał po latach w książce „Punkty zapalne”, jak codziennie wcześnie rano fotoreporterzy wyjeżdżali ze swoich hoteli i redakcji na przedmieścia w poszukiwaniu materiału. Mieli ze sobą policyjne skanery, tak więc nierzadko trafiali w szczególnie gorące miejsca przed stróżami porządku.

   Trzonem „Bractwa Bang Bang” była dwójka fotoreporterów dziennika „Star” – Ken Oosternbeck i Kevin Carter. Choć stanowili zupełne przeciwieństwa ale jedno ich łączyło – kapitalny warsztat. Oosternbeck – spokojny i ułożony, był dla urodzonego buntownika Cartera czymś w rodzaju mentora. Z kolei João Silva, rodem z Portugalii, wyróżniał się spośród czwórki fotoreporterów niezwykłą odwagą i determinacją. Najlepsze, najbardziej wstrząsające zdjęcie zamieszek w RPA przypadło jednak w udziale Gregowi Marinovichowi. 15 września 1990 roku uwiecznił on bestialski mord na Lindsaye Tshatsbalale. Oskarżony przez bojówkę Afrykańskiego Kongresu Narodowego o sprzyjanie Zulusom nieszczęśnik został zasztyletowany i podpalony.

   Fotografia agonii Lindsaye Tshatsbalale odbiła się szerokim echem na całym świecie, przyniosła autorowi nagrodę Pulitzera. Przy okazji pokazała, jak blisko musi podejść do realnego zagrożenia, aby zrobić wartościowe zdjęcie. Jeszcze dobitniej przekonał się o tym Ken Oosternbeck, który zginął 18 kwietnia 1994 roku podczas fotografowania zamieszek w południowoafrykańskim mieście Thokoza. „Bang Bang Club” stracił wtedy swojego mentora, ale jego członkowie byli już znani jako ludzie nie bojący się wyzwań i robiący zdjęcia w najniebezpieczniejszy zakątkach globu.

   W 1993 roku Kevin Carter wraz z João Silvą wyruszyli do targanego wojną i głodem południowego Sudanu. To tam Carter zrobił swoje najsłynniejsze zdjęcie. Fotografia wychudzonej z głodu dziewczynki, za którą stoi złowróżbnie sęp otrzymała nagrodę Pulitzera. Przy okazji na jego autora spadła fala krytyki. Oskarżano go o poszukiwanie materiału zdjęciowego kosztem ludzkiego życia. Carterowi odpieranie tych zarzutów przychodziło z trudem. Załamany niepowodzeniami także w życiu prywatnym, popełnił samobójstwo 27 lipca 1994 roku.

   Pomimo śmierci połowy oryginalnego składu „Bractwa Bang Bang”, Greg Marinovich i João Silva dalej wykonywali fotografie, imponując odwagą i poświęceniem kolegom po fachu. Wojna w byłej Jugosławii, Izrael i Palestyna, wreszcie konflikty w Iraku i Afganistanie – trudno wskazać zapalne punkty, gdzie nie postawili stopy. Podczas pobytu w Afganistanie w 2010 roku towarzyszący amerykańskiemu patrolowi wojskowemu Silva nadepnął na minę. W wyniku obrażeń lekarze musieli mu amputować obydwie nogi, na dodatek doznał trwałych uszkodzeń wewnętrznych. Mimo to zarzeka się, że dalej będzie jeździł po świecie i robił zdjęcia.

   Z kolei Greg Marinovich ostatnimi czasy mocno zwolnił. Osiadł w dużo spokojniejszym od Johannesburga Bostonie. Na tamtejszym uniwersytecie prowadzi wykłady oraz warsztaty dotyczące praw człowieka, fotografii oraz storytellingu. Razem z João Silvą napisali w 2000 roku książkę „The Bang-Bang Club”. Dziesięć lat później przeniesiono ją na wielki ekran pod tym samym tytułem. Widać w nich, jak bardzo zmienił się zawód fotoreportera przez ponad dwie dekady. Internet znacznie ułatwił tę pracę, fotografia cyfrowa zaś wprowadziła prymat ilości zdjęć nad ich jakością. Wciąż jednak pozostała pasja – nieodłączny element każdej dobrze wykonanej pracy.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3