Czytelnictwo Historia Książki Recenzje Sport

„Rum Doodle. Zdobycie najwyższego szczytu świata” William E. Bowman

newsletter-680x680

CWR-blog(04.10)

To dawka stuprocentowego brytyjskiego humoru, który tryska z opowieści o niekompetentnych, acz niezwykle dzielnych dżentelmenach zdobywających najwyższą górę świata, liczącą ponad dwanaście tysięcy metrów. Brzmi absurdalnie? Dokładnie tak. Chwilami miałam wrażenie, że sami twórcy Latającego Cyrku Monty Pythona brali czynny udział w pisaniu książki.

Autor 

Do przeczytania „Rum Doodle” zachęca już przedmowa pióra Billa Brysona. Tak, tak. Tego Billa Brysona, autora „Krótkiej historii prawie wszystkiego”. Nietuzinkowa opowieść o tym, jak książka ujrzała światło dzienne w 1956 roku, tym bardziej sprawia, że pragnie się ją przeczytać. Wręcz wierzyć się nie chce, że autor nie miał nigdy nic wspólnego ze wspinaniem, a najwyższą górą, jaką zdobył było wzniesienie tuż obok jego domu. Ten skromny inżynier budowlany stworzył kawał dobrej parodii. Jest o tyle zaskakujące, że autor po pierwsze był inżynierem, a nie pisarzem, choć pod koniec życia pisał opowiadania, poematy i uwaga, ciekawostka, także malował. A po drugie literatura górska, opisująca trud wspinaczki i wewnętrznej walki, która pcha himalaistów w górę, jest bardzo specyficznym gatunkiem literackim tak w budowie, jak i w konkretnym sposobie opisu emocji czy akcji górskich. Jednak, aby do końca ją zrozumieć trzeba być wpinaczem lub przynajmniej turystą górskim i obowiązkowo kochać góry. Tak mi się zawsze wydawało. I chyba się myliłam. Bowman napisał historię pierwszego wejścia na najwyższą górę świata po lekturze relacji z wyprawy w 1936 roku, podczas której Bill Tilman dokonał pierwszego wejścia na siedmiotysięcznik Nanda Devi. Wzorując się na tym opisie naprawdę dobrze oddał klimat akcji wysokogórskich, zmieniając je w zabawne perypetie siedmiu mężczyzn, którzy, bez pomocy literackiej fikcji, z wątpliwym powodzeniem, mogliby wejść co najwyżej na Śnieżkę w lipcu.

Jak to się mogło udać?!

Bowman niezwykle zwinnie balansuje na granicy absurdu. Wydarzenia, emocje i fizyczne niedomagania członków wyprawy, o których wspomina, mogłyby być realne gdyby wydarzyły się na pięciu, a nie dziesięciu tysiącach metrów. Wszystko to przeplecione jest przezabawnymi nazwami zwierząt czy roślin występujących w Jogistanie. W kraju, w którym najdumniejszym, bo najwyższym szczytem Świata jest Rum Doodle, mieszkają Jogistańczycy porozumiewający się bekając. Imiona bohaterów dobrze oddają cechy charakteru, które zupełnie nie pasują do funkcji, które spełniają w zespole. Choć tutaj tłumaczka mogłaby spróbować spolszczyć nazwiska tak, jak genialnie zrobiła to w przypadku nazw własnych, gatunków roślin i zwierząt, oraz miejsc geograficznych. Przetłumaczenie tej książki musiało być nie lada wyzwaniem, bo przekład tekstu, w którym gra słów odgrywa jednak ważną rolę, nie jest łatwy.

Zastanawiając się wciąż nad fabułą, zachodzę w głowę jak ta wyprawa mogła się udać? Swoje życie i zdrowie himalaiści, z których każdy był już wcześniej „wystarczająco wysoko”, oddali w ręce lekarza wierzącego w uzdrawiającą moc szampana. Kierownik wyprawy zaś swoją naiwnością zadziwiłby nawet dwulatka. Dyplomacie wszyscy mogą podziękować za ciągłe narażanie życia przez drobne przejęzyczenia w języku jogistańskim. I czy słyszeliście kiedyś o wyprawie, której pomagało trzy tysiące szerpów? W ekspedycji wzięli udział również naukowiec i fotograf. Jednak wszystkie klisze zostały prześwietlone, a na takiej wysokości, oprócz próby topienia śniegu, nie ma innych tematów badawczych do opracowania. A wszystko to w niezwykle ciężkich himalajskich warunkach, w których uczestnicy mieli czas na pogawędki o narzeczonych.

Pierwsze polskie wydanie

Wciąż miałam wrażenie, że Latający Cyrk Monty Pythona mógłby zrobić z tego z powodzeniem drugi „Żywot Bryana”, bo brytyjskie poczucie humoru jest z nami przez cały czas. Książkę polecam z całego serca, nawet mimo kilku małych błędów edytorskich. Polecam ją nie tylko tym, którzy góry znają. Choć ci na pewno bardziej docenią dowcip zawarty w tej niezwykłej historii i to, jak ciężko jest sparodiować górską literaturę tak, aby wciąż trzymała fason. Tym bardziej, że książka została napisana ponad 60 lat temu i przez ten czas niektórym górom na Antarktydzie polarnicy ponadawali nazwy z książki. Dodatkowym, całkowicie przekonującym do przeczytania książki argumentem jest fakt, że na Katmandu jest wciąż bardzo dobrze prosperujący bar o nazwie „Rum Doodle”. Drodzy Czytelnicy! Jest to pierwsze polskie wydanie i po prostu trzeba je przeczytać.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3