Czytelnictwo Historia Książki Kultura

Tyrmand ku światu, Mrożek ku sobie

newsletter-680x680

CWR-blog(06.12.17)

27 stycznia 1980 roku Leopold Tyrmand pisze: „Drogi Mrożku, siedzę w Meksyku i cierpię na sraczkę”

Łysieją. Zaczął Mrożek, choć młodszy. Niby goli z przodu głowy resztki włosów, by „stawić czoło swojemu czołu”, ale wkłada kapelusiki. Zostaną jego znakiem rozpoznawczym. Zapuszcza baki, chcąc „powiększyć metraż”. Nosi wąsy. Może tylko przemijanie wychodzi mu bezbłędnie?

Dziesięć lat starszy Tyrmand pisze w liście: „Przeżywam tragedię i to prawdziwą, niekłamaną literacko, biologiczną: łysieję. Po raz pierwszy stykam się z fizycznym ubywaniem mego organizmu, przeto – sam rozumiesz – strach mnie ogarnia przed niewiadomym, coraz bardziej popadam w metafizykę i religianctwo”.

„Będziemy więc łysieć razem, ja to już umiem” – odpowiada mu Mrożek.

Trochę egzystencjalnie, ale jednak łysieją.

Oni

Tymczasem gówno leży w salonie.

Goście prowadzą kulturalne rozmowy, wachlują się albumami z malarstwem, rozpylają perfumy. To tylko powiększa smród. Czasem uchylą okno – pod pretekstem, że chcą zobaczyć, jaka dziś pogoda. Ale gówna na dywanie nie widzą lub może udają.

Ten salon to Polska.

Tak postrzega ją z grubsza Sławomir Mrożek. Pisarz, rocznik 1930. Wojnę przeżył w okolicach rodzinnego Borzęcina („Jeśli zdarzyła się tylko po to, żeby zatrząść moim dziecinnym światopoglądem, to dziękuję, gruba przesada. Coś mniejszego by wystarczyło w zupełności”). Następny był Kraków. W wieku 20 lat debiutował w „Przekroju” reportażem z budowy Nowej Huty. Zakochał się w komunizmie, potem szybko odkochał. Pisał opowiadania, publikował rysunki, odniósł sukces sztuką „Policja”. Stał się autorem na fali. Po ślubie z malarką Marią Obrembą zamieszkał w Warszawie. To żona ma go namawiać na wyjazd z ojczyzny, gdy po odwilży czuć znowu przykręcanie śruby. W 1963 roku lecą do Włoch. Nikomu nie mówią, że nie tylko na wakacje.

Leopold Tyrmand? Nie śpi. Urodził się w 1920 roku, należy do tzw. pokolenia Kolumbów. Jest polskim Żydem. Wojnę przeżył awanturniczo. Tułał się po Europie, był robotnikiem kolejowym, kelnerem, bibliotekarzem, marynarzem i stewardem na statku. Udawał Francuza. Po powrocie do Polski zostaje dziennikarzem. Żeni się, rozwodzi, potem znowu żeni. Kiedy władze zamykają „Tygodnik Powszechny” (za odmowę publikacji nekrologu Stalina), traci pracę. Kolejne książki nie przechodzą cenzury. Na szczęście oparta na młodzieżowym schemacie powieść „Zły” zostaje bestsellerem. Ale kaganiec uwiera. Depresja, bezsenność, nieleczona żółtaczka. Tyrmand wali pięściami w łóżko, syczy przez zęby: „Nie wytrzymam, ja nie wytrzymam w tym kraju!”. W końcu udaje mu się zdobyć paszport. Wyjeżdża w 1965 roku – deklaruje, że za sześć miesięcy wróci.

Tymczasem gówno.

Kwas

Orzeł mu oklapł, więc pisze. Pewnie przy stole – jak zwykle. Pisanie dla Mrożka jest jak oddychanie, choć sam o tym nie wie (do czasu). Ile kilometrów przeprowadzi piórem po papierze? Dziesiątki opowiadań i sztuk teatralnych, tysiące stron dziennika, listy. Korespondencja z Tyrmandem, która ukaże się po śmierci ich obu, będzie siódmym tomem – po tej z Janem Błońskim, Wojciechem Skalmowskim, Stanisławem Lemem, Erwinem Axerem, Adamem Tarnem i Józefem Baranem. A przecież są jeszcze wyznania do i od kobiet, korespondencja np. z Witoldem Gombrowiczem (ta się nie zachowa). Któregoś razu Mrożek notuje w dzienniku, że skreślił właśnie do kochanki 124 strony („Najdłuższy list mojego życia. Bo i sprawa największa”).

Nic dziwnego, że nie mówi. Prawie. On pisze.

I teraz ten orzeł. Oklapł na paszporcie. Nie poleci. A może go podkleić? „Żeby dorosły obywatel musiał się bawić w introligatora” – Mrożek listownie wzdycha do Tyrmanda. „To jeszcze do przyjęcia, że w Polsce trzeba umieć się znaleźć jako własny hydraulik, szewc, malarz pokojowy, mechanik samochodowy i wiele innych, ale do introligatora jeszcze nie doszło”.

Jest rok 1965. Tyrmand radzi, jak paszport wymienić. Sam jest emigrantem świeżo upieczonym. Na razie: tułaczem. Może zaraz go wywieje aż do Eskimosów, a może będzie szalał z kowbojami w Teksasie. Pisze z Florencji, Sewilli, Tel Awiwu. Przed nim – Ameryka.

Mrożek siedzi w Chiavari na Riwierze Włoskiej, jego kariera nabiera rozmachu, sypią się premiery. „Tango” idzie jak „Burza” (suchar dla teatrologów). Paszporty to ich wspólna sprawa. Tyrmand też ma kłopot: brak miejsca na wizy. Mrożek zaleca wkleić białą kartkę.

Poznali się jeszcze w Polsce. Na imię jej było Barbara, na nazwisko – Hoff. Obwołano ją wyrocznią mody w PRL-u. Dla Tyrmanda druga żona; koleżanka z „Przekroju” – dla Mrożka. Ona ich spiknęła. Mrożek miał problemy z umową zagraniczną, Tyrmand – po wojennych wojażach – lepiej znał języki. Światowy był bardzo. „Grał Tyrmanda, postać przez siebie wymyśloną i stworzoną” – napisze Mariusz Urbanek. „Składał się na nią jazz i składał zachodni styl, który próbowali naśladować warszawscy bikiniarze”. Dandys, kobieciarz, imprezowicz. Ze słabością do krawatów i drogich samochodów.

A Mrożek był raczej dziwadłem. Jeszcze w krakowskim Domu Literatów krążyły o nim dykteryjki, że siedzi tylko zamknięty w pokoju i pisze. Rano zjadał bułkę w barze, wypijał szklankę mleka, wracał jak najszybciej. Nie tracił czasu na rozpalanie w piecu, zakładał rękawiczki, a okna zaklejał papierem. Przed współlokatorem się chował, bo miał obsesję, że ten chce od niego pożyczać pieniądze. Pełne nazwisko dramatopisarza w ustach Stanisława Czycza brzmiało: „Ten skąpy skurwysyn Mrożek”. Tylko niektórzy mówili o nim, że to taki „paryski egzystencjalista”, bo miał czarne spodnie.

Wydawało się, że wszystko ich dzieli.

Mrożek wysoki, Tyrmand niski. Tyrmand ku światu, Mrożek ku sobie.

„To osobliwe, Sławek, ale ja w Polsce nie dostrzegałem specjalnych analogii pomiędzy mną a Tobą, Twoim losem a moim – pisze Tyrmand, emigrant – byłeś dla mnie krakowskim pragmatykiem, którego lubiłem, ceniłem, podziwiałem, ale jakimś na trochę innym torze. A tu, teraz, nagle widzę, że się identycznie w tym samym kwasie kisisz, to samo Cię żre, przez to samo nie śpisz”.

Bo tak się składa, że obaj nie śpią przez Nią.

Ona

Nie może bez nich żyć lub nie chce ich zapomnieć. Mrożek prowadzi z nią korespondencję, bardzo ożywioną. Dotyczy przede wszystkim maszyny do pisania. Ona chce ją z powrotem, może być bez niego. Choć wolałaby odzyskać obydwu pisarzy. Toczy z nimi dziwną grę, wzywa na rozmowy, paszporty przedłuża na krótkie okresy. Jej wysłannicy udają, że nie wiedzą, skąd takie decyzje – oni udają, że absolutnie im wierzą. Tyrmandowi znów przeszkadza w wydawaniu książek.

Wytarte słowo: ojczyzna.

W rzeczy samej, są Polakami. Jeśli więc wierzyć ich własnej diagnozie, uśmiechają się połową twarzy, podczas gdy drugą zalewają łzami. Ustami czczą, myślą bluźnią. Mrugają okiem porozumiewawczo, wysuwają podbródek, kręcą nosem i strzygą uszami. Wszystko jednocześnie, bo rozpięci są na wielu krzyżach. „Klinicznie to może ciekawe – zauważa Mrożek – ale po ludzku nieznośne i dla Polaków, i dla otoczenia”.

„Czy nie straciłem czterdziestu paru lat na bycie Polakiem?” – zastanawia się Tyrmand.

Cały artykuł przeczytasz w „Książki. Magazyn do czytania”.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3