Książki Kultura Recenzje

Atlas chmur

CWR-blog(26.02)
newsletter-680x680

   Istnieją książki, które trudno streścić w kilku słowach. „Atlas chmur” autorstwa Davida Mitchella jest bez wątpienia jedną z nich. Powieść historyczna, fantasy, science fiction, wreszcie traktat filozoficzny – wszystkie te gatunki otrzymały w „Atlasie…” swoje pięć minut.

   Wszechstronność kulturowa nie jest obca autorowi wymienionej powieści. Choć David Mitchell urodził się w Wielkiej Brytanii, sporą część życia spędził w Irlandii, Japonii, a także na Sycylii, a więc w miejscach bardzo zróżnicowanych pod względem tradycji oraz języka.

   Mimo to, jak na postmodernistę przystało, Mitchell uwielbia mieszać w swojej twórczości takie różne lokalizacje i spojrzenia na świat, doszukując się tego, co je łączy, a nie dzieli. Dlatego bohaterami „Atlasu chmur” uczynił szóstkę postaci nie tylko z różnych stron świata, ale też rozdzielonych od siebie sporymi odległościami czasowymi.

   I tak, śledzimy najpierw losy amerykańskiego notariusza, który w połowie XIX wieku podróżuje poprzez Pacyfik. Następnie przechodzimy do przygód niesfornego kompozytora w Belgii lat międzywojennych, dziennikarki na tropie wielkiej afery korupcyjnej pół wieku później oraz wydawcy – nieudacznika, który toczy nierówne boje z losem w czasach nam współczesnych. Wreszcie przenosimy się ku przyszłości – obserwując perypetie genetycznie zmodyfikowanej kelnerki oraz człowieka, który jest świadkiem powolnego schyłku ludzkiej cywilizacji. Wszystkie te historie Mitchell snuje najpierw w kolejności chronologicznej, po to by następnie ich kontynuacje przedstawić odwrotnie, wracając z powrotem do źródła. Choć na pozór bohaterów wszystkich sześciu opowieści nic nie łączy, ich uniwersalne pytania zbiegają się ze sobą, podobnie jak tajemnicze znamię, które przewija się od czasu do czasu na kartach książki.

   Zadanie, które postawił sobie autor „Atlasu chmur” było niezwykle ambitne. Każda z przedstawionych przez Mitchella historii opowiedziana została w diametralnie różnym stylu. Rodzi to na początku czytania wątpliwości, czy aby wszystkie części historii będą równie zajmujące, albo na przykład, czy autorowi w którymś miejscu nie powinie się noga, podczas konstruowania logicznego ciągu wydarzeń i wątków. Te wszystkie pytania na szczęście okazują się niepotrzebne, gdyż autor, wytrawny rzemieślnik, od początku książki do jej końca trzyma pióro pewną ręką, budując narrację konsekwentnie i z fantazją.

   I tylko szkoda trochę, że ekranizacja książki sprzed dwóch lat nie dorównała poziomem swojemu literackiemu pierwowzorowi. Można nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie – wpadła w pułapki, które Mitchell na swojej drodze akurat zręcznie ominął.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3