Czytelnictwo Książki Kultura Recenzje

Cały świat w jednej książce

newsletter-680x680

blog-do-artKsiążka zaczyna się sceną, która odkąd pamiętam, w pewien sposób niezdrowo mnie fascynowała. Zawsze bałam się latać, choć latam sporo, i mam obsesję na punkcie katastrof lotniczych, i tego, że w trakcie lotu samolot nagle zacznie spadać. Myślałam co wtedy się dzieje. Czy niektórzy wrzeszczą spanikowani, a inni są sparaliżowani, jak to jest, kiedy brakuje tlenu, kiedy czujesz, że przychodzi śmierć lub ocalenie, czy w trakcie uderzenia o taflę wody słychać przeraźliwy huk, jaki to rodzaj bólu, kiedy rozrywa ci wnętrzności… ?

Te wątpliwości Andrés Ibáñez rozwiał już na pierwszych kartach książki. Z dokładnością inżyniera i precyzją lekarza zarazem. Nie zapominając jednak o niepowtarzalnym, plastycznym, stylu pisarskim, bo tu nawet opis katastrofy jest poezją. Jak można się domyślić ta katastrofa jest początkiem. Na całe szczęście, ktoś przeżył. Osoby ocalałe z tonącego wraku samolotu przybywają na wyspę, która jawi się jako jedyny ratunek, a jednocześnie staje się narodzinami nowego świata i nowego porządku. Oczami głównego bohatera Juana Barbarina, Hiszpana, kompozytora i miłośnika większości kobiet na wyspie, obserwujemy jak zachowuje się ta garstka rozbitków. Japończycy, Hindusi, Hiszpanie, Amerykanie, każdy z innym światopoglądem, z innymi przeżyciami, z innymi intencjami. Są lekarze, machanicy, matki, bienzesmeni i księża. Żeby nie zwariować organizują się jakoś. Jest tylko jeden problem. Tak daleko od cywilizacji, na wyspie, która okaże się czymś zgoła innym, niż ratunkiem, nie ma prawa, nie ma własności, nie ma religii, nie ma przeszłości, nie ma Boga i nie ma też ratunku.

Przede wszystkim to książka o nas. Czytając o bohaterach,w jakiś dziwny sposób wydają się oni znajomi. Może widzieliśmy ich kiedyś w lustrze? Podobno, gdy wypuścić człowieka wolno, bez żadnych ograniczeń, to zawsze wyjdzie z niego jakieś zwierzę, żeby nie powiedzieć bestia. Na wyspie nagle ludzie pokazują swoje prawdziwe twarze, nagle tworzy się nowe społeczeństwo. Samoistnie, naturalnie. Każdy jakoś się odnajduje i spełnia swoją nową funkcję. Co najciekawsze, nikogo tu nie możemy zaszufladkować i każda z postaci okazuje się niemałym zaskoczeniem. Pojawiają się tu także historie fantastyczne i mityczne postaci. Bo kto powiedział, że literatura ma opisywać prawdę? Znikające łąki i złote pioruny magicznie dopełniają całości

Skojarzenie, które jako pierwsze przychodzi na myśl, to oczywiście serial „Zagubieni”. To absolutnie nie przypadek i nie ukrywa tego sam autor. W wywiadach przyznaje, że zafascynował się serialem i jego wątki przemycił do fabuły powieści. Pomyślałam, że pisarz musiał wykazać się nie lada odwagą, by na warsztat wziąć historię tak znaną w popkulturze. Tyle tylko, że spod jego pióra wyszło coś znacznie lepszego- wielowątkowa, acz nadto logiczna w swej spójności powieść. Oprócz „Zagubionych” pojawiają się także motywy bolañowskie, możemy doszukać się także nawiązań do „Władcy Much”. Literackich motywów jest tu sporo. W końcu, na 800 stronach Ibáñez mógł zawrzeć wiele. Motywów kulturowych jest również niemało. Dotykamy filozoficznej rzeczywistości Wschodu i Zachodu. Uduchowieni Japończycy i Hindusi mają okazję skonfrontować swój świat z Amerykańskim przepychem, ale też wolnością. Czytając o przyziemnych sprawach, mamy wrażenie, że obcujemy z jakimś genialnym poradnikiem jak żyć, bądź przewodnikiem po filozofii praktycznej. Najlepszym podsumowaniem będzie po prostu cytat samego autora „W tej książce zawiera się cały świat”.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3