Książki Kultura Media

Gra o tron – czyli jak serial przegonił swój książkowy pierwowzór

CWR-blog(26.01)
newsletter-680x680

   Adaptacje książek na potrzeby filmu zawsze stanowiły niemałe wyzwanie dla scenarzysty. Musi on bowiem zadowolić nie tylko fanów literackiego pierwowzoru, ale też uwzględnić język filmu – jakże inny od książkowego. Co jednak, gdy scenarzysta musi w pewnym momencie zastąpić autora?

   Przed takim wyzwaniem stanęli autorzy scenariusza do amerykańskiego serialu „Gry o tron” – David Benioff i D. B. Weiss. Kiedy w 2006 roku wpadli na pomysł przeniesienia na telewizyjny ekran sagi George’a R. R. Martina, miała ona już cztery opasłe tomy, a kolejny był w drodze. Martinowi udawało się dotychczas kończyć książki w miarę szybko, więc szansa na to, że siedmioczęściowa „Pieśń lodu i ognia” ujrzy swój finał do 2015 była więcej, niż duża. Może nawet udałoby się im pokazać widzom ostatni odcinek serialu w tym samym momencie, w którym czytelnicy przeczytają ostatnie karty historii? Okazały się to, niestety, płonne marzenia.

   Ale zacznijmy naszą historię od początku.

   George R. R. Martin zaczął pracę nad „Pieśnią lodu i ognia” jeszcze w 1991 roku. Był już wtedy uznanym pisarzem i scenarzystą, jednak ta ostatnia praca, choć lukratywna, nie przynosiła mu satysfakcji. Zbyt często producenci seriali odrzucali, bądź przerabiali jego pomysły. Zainspirowany trylogią Tada Williamsa, pt. „Pamięć, Smutek i Cierń”, a także pamiętając, ile frajdy przyniosła mu w dzieciństwie lektura „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena, postanowił stworzyć własną sagę fantasy. Tak narodził się pomysł na „Grę o tron” (1996) – książkę fantasy, której akcja została osadzona w mrocznej krainie Siedmiu Królestw, miejscu pełnym intryg i tajemnic, gdzie pory roku trwają czasami kilkadziesiąt lat, a na ludzkość czyha zagłada zza wzniesionego na północy muru.

   Pomysł chwycił. Czytelnikom spodobało się połączenie fantastyki z realiami przypominającymi europejskie średniowiecze w całym jego brudnym, pełnym przemocy i seksu wydaniu. Kolejne dwie części autor ukończył stosunkowo szybko – „Starcie królów” (1999) oraz „Nawałnica mieczy” (2000) pozwalały mniemać, iż seria szybko ujrzy zakończenie. Dopiero na „Ucztę dla wron” (2005) czytelnicy musieli poczekać trochę dłużej. Martin stworzył na kartach swoich książek ogromny świat i administrowanie nim na potrzeby kolejnych dzieł zaczęło mu powoli stwarzać trudności, zwłaszcza że równolegle angażował się w inne projekty.

   W takim właśnie stanie zapracowania napotkali go scenarzyści David Benioff i D. B. Weiss, pracujący zarazem, jako producenci dla potężnej stacji HBO. Obydwaj zakochali się w „Pieśni lodu i ognia”, a jako koledzy po piórze wiedzieli, od której flanki podejść Martina, podczas trwającego ponad pięć godzin spotkania w jednej z kalifornijskich restauracji. Autor wyraził zgodę na ekranizację, obydwaj panowie potrafili także przekonać decydentów wytwórni HBO do dania projektowi, wcale nietaniemu przecież, zielonego światła.

Prace nad pierwszym sezonem serialu „Gra o tron” trwały około cztery lata, premierowy odcinek zaś wyświetlono na antenie HBO siedemnastego kwietnia 2011 roku. W tym samym roku nastąpiła też premiera piątego tomu cyklu – „Taniec ze smokami”. Takie połączenie dało piorunujący efekt marketingowy, gdyż zarówno serial, jak i książka odniosły ogromny sukces. Widzowie pokochali serialową rodzinę Starków, którzy walczyli o życie, próbując znaleźć drogę pośród labiryntu intryg na królewskim dworze. Ewenementem była duża śmiertelność wśród bohaterów cyklu – znak rozpoznawczy prozy Martina. Również czytelnicy byli usatysfakcjonowani – serial nie odbiegał jeszcze na tym etapie od książek zbyt mocno.

   Tutaj zaczęły się jednak schodki – raz napędzona machina produkcji telewizyjnej potrafiła wypluwać kolejne sezony serialu z dokładnością co do roku. Martin, którego już napisanie „Tańca ze smokami kosztowało wiele wysiłku, nie był w stanie dotrzymać terminu premiery „Wichrów zimy”. Przez kolejne lata przesuwał premierę szóstego tomu „Pieśni lodu i ognia”, przesuwa ją zresztą do dziś. Doszło do paradoksalnej sytuacji, w której autor musiał ścigać się z twórcami serialu o to, kto pierwszy dobiegnie do mety historii. Wyścig ten, jak niedawno Martin przyznał, był dla niego od początku nie do wygrania, choćby ze względu na samą ilość ludzi zaangażowaną w produkcję serialu, podczas on pisał, pisze i będzie pisał swoje książki sam. Jest w tym pewna ironia losu, ponieważ, jak już wspomnieliśmy, autor zasiadł do pisania „Pieśni lodu i ognia”, aby uciec od telewizyjnych producentów, stale spoglądających mu przez ramię.

   Wraz z kolejnymi sezonami serialu, książkowy materiał zaczął się powoli scenarzystom wyczerpywać. Początkowo próbowali temu przeciwdziałać spowalniając nieco akcję, przeinaczając trochę, bądź wydłużając pewne wątki. Mniej więcej w okolicach czwartego sezonu strategia ta przestała działać, piąta odsłona serialu zaś to daleko idące odejście od fabuły książkowej – wątki niby pozostały jeszcze te same, ale tylko ramowo – sama akcja skręciła zdecydowanie w innym kierunku, choć zarówno autor, jak i twórcy serialu wciąż zapewniają, że zakończenie będzie takie samo, zarówno dla książek, jak i odsłony telewizyjnej.

   Tak więc kości zostały rzucone. Szósty sezon serialu „Gra o tron”, którego premiera nastąpi dwudziestego czwartego kwietnia 2016 roku, oznacza definitywnie wypłynięcie jego scenarzystów na nieznane wody. Czy kura okaże się lepsza, od jajka z którego się wykluła? Czy George R. R. Martin przyćmi w końcu serial od dawna oczekiwanymi „Wichrami zimy”? Miejmy nadzieję, że o wynikach tego bezprecedensowego eksperymentu przekonamy się z korzyścią zarówno dla fanów literackiej prozy, jak i telewizyjnego medium.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3