Książki Kultura Lifestyle

Neil Gaiman – autor/celebryta

CWR-blog(13.01)
newsletter-680x680

   Próżno go szukać na liście najlepiej zarabiających pisarzy. Także jego książki, choć bez wątpienia świetne warsztatowo, nie wyznaczyły zasadniczo nowych trendów we współczesnej literaturze. Mało jednak który miłośnik fantastyki nie kojarzy Neila Gaimana – tak skutecznie opanował on technikę kreacji własnego artystycznego image.

   Czarna skórzana kurtka, t-shirt, bądź marynarka takiego samego koloru, ponadto bujna czupryna ciemnych włosów, obecnie mocno już przyprószonych siwizną – tak bywalcy konwentów fantastyki kojarzą Neila Gaimana, autora nie tylko poczytnych książek, ale też komiksów i scenariuszy filmowych. Ale to nie wszystko. Nasz bohater prowadzi bloga, jest mężem znanej piosenkarki – Amandy Palmer, a Tori Amos jest zaś jego przyjaciółką (poświęciła mu nawet kilka wersów swoich piosenek). Jednym słowem – celebryta. Gdziekolwiek pojawia się na spotkaniu autorskim, zaraz powstają kolejki po autograf, choć sam bohater owej zawieruchy wygląda na ulicy dość niepozornie, pozbawiony swych tradycyjnych atrybutów.

   Również w dzieciństwie nie rzucał się specjalnie w oczy. Był molem książkowym, o czym wspomina dziś z rozbawieniem. Uczęszczając do angielskich szkół, uczył się całkiem dobrze, głównie dlatego, że ze swej pasji czytania nie wyłączał szkolnych podręczników. Do tego był raczej samotnikiem, a rodzina nie ułatwiała mu otwarcia się na świat. Rodzice nawrócili się z judaizmu na scjentologię – mieszanka religijna dość ciekawa, choć nie ułatwiająca życia w Wielkiej Brytanii lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

   Siedzenie całymi dniami w książkach miało dla naszego bohatera ten plus, że bardzo wcześnie mógł się zapoznać z literackimi klasykami – Szekspirem, Lewisem Carrollem, Janem Potockim, lubił też Rudyarda Kiplinga i Mary Shelley. Ale to fantastykę pokochał szczególnie. Zaczytywał się nałogowo we „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena, a po lekturze „Opowieści z Narni” C. S. Lewisa w wieku siedmiu lat stwierdził, że chce zostać pisarzem. I został nim. Jak po latach przyznał, pisanie było dla niego górą, której szczyt widział w oddali, i cokolwiek w życiu robił – studia, dziennikarstwo, czy redagowanie cudzych tekstów – zawsze pilnował, by góra na horyzoncie znajdowała się coraz bliżej.

   W latach osiemdziesiątych zabłysnął jako scenarzysta komiksów i noweli graficznych. Jego sztandarowe dzieło „Sandman”, zabarwiona okultyzmem i mitologią opowieść o władcy Krainy Snów, przyniosła mu uznanie na całym świecie. Warto zauważyć, że jego mentorem, a także przyjacielem był Alan Moore, kultowy już autor takich komiksów jak „Watchmen: Strażnicy”, czy „V jak Vendetta”. Moore nauczył Gaimana nie tylko łączyć motywy klasyczne z nowoczesnymi, mieszać gatunki i stawiać medium komiksowemu wysokie wymagania. Nauczył go prostego faktu, że aby wyróżnić się z tłumu zdolnych pisarzy trzeba również stworzyć charakterystyczny image – sam był tego najlepszym przykładem, nosząc biżuterię i gęstą brodę, nadającą mu wygląd niemalże mistyka z odległej historycznej epoki. Gaiman podchwycił ten pomysł. Z racji tego, że kojarzony był głównie z ponurą atmosferą „Sandmana”, uwielbiał też mroczną muzykę, przyjął czerń jako swój znak rozpoznawczy.

   Po „Sandmanie” kariera naszego bohatera poszybowała w górę. W latach dziewięćdziesiątych przeprowadził się do USA, gdzie pole działania było dużo większe, niż na rodzinnych Wyspach. Książki Gaimana „Nigdziebądź” (1996), „Amerykańscy bogowie” (2001), „Księga cmentarna” (2008) stały się bestsellerami, zdobyły także wiele prestiżowych nagród – Hugo, Nebula, Bram Stoker Award, Carnegie Medal, w dziedzinie fantastyki naprawdę trudno zdobyć więcej laurów. Z kolei powieści „Gwiezdny pył” (1998) i „Koralina” (2002) zostały z powodzeniem sfilmowane przez Hollywood. I choć zabarwione melancholią dzieła Gaimana nie sprzedają się na miarę książek Stephena Kinga, Terry’ego Pratchetta i J. K. Rowling, autor wydaje się zadowolony z niszy, na którą zapracował.

   Jaki jest jego przepis na sukces? Także w tej sprawie autor prezentuje na swoim blogu dużą otwartość. „Make good art” – „Twórz dobrą sztukę”, radzi z rozbrajającą szczerością. Udzielać wskazówek początkującym autorom zresztą bardzo lubi, podczas gdy do własnego pisarstwa ma podejście poważne, aczkolwiek bardzo praktyczne. Uwielbia też czytać publicznie własne dzieła, rzecz wśród autorów wcale nie tak częsta. Dlaczego ten mały szczegół ma takie znaczenie? Otóż pokazuje, że nasz bohater po prostu kocha to, co robi i, co jeszcze ważniejsze, jest w tym dobry. Dlatego na bycie celebrytą może sobie pozwolić.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3