Książki Kultura Recenzje

Taniec szczęśliwych cieni

CWR-blog(30.01)
newsletter-680x680

   Tytuł tego najstarszego zbioru opowiadań Alice Munro pochodzi z opery „Orfeusz i Eurydyka” Christopha Willibalda Glucka. Tak jak mityczna Eurydyka w klasycznym utworze trafia do krainy zmarłych, tak bohaterki Munro próbują się odnaleźć w świecie, który ogranicza je konwenansami.

   „Taniec szczęśliwych cieni” nie był co prawda debiutem literackim autorki, stanowił jednak początek nieodwracalnych zmian w jej dotychczasowym życiu. Kiedy książka opuszczała mury drukarni w 1968 roku, Alice Munro była zwykłą gospodynią domową w małym kanadyjskim miasteczku Victoria. Wydawniczy sukces spowodował nie tylko wyzwolenie naszej bohaterki z dotychczasowej roli, ale także początek samorealizacji i poszukiwania własnej drogi do szczęścia. Drogi, która przyniosła Munro Literacką Nagrodę Nobla w 2013 roku.

   Ale w 1968 roku była to jeszcze odległa perspektywa. „Taniec szczęśliwych cieni” składa się z piętnastu krótkich opowiadań, czyli form, które Alice Munro doprowadziła do perfekcji. Akcja każdego utworu rozgrywa się w rodzinnych stronach autorki – nad Jeziorem Huron w Ontario. Bohaterkami są kobiety w różnym wieku – córki, matki, żony i kochanki. Każda z nich jest bardzo różna, łączy je jedno – nie pasują do otaczającego, prowincjonalnego świata. Dlatego buntują się każdego dnia przeciw istniejącemu porządkowi, drobnymi gestami, często w milczeniu, ale jednak to robią. Dziś już wiemy, że suma tych drobnych sprzeciwów z czasem zmieni świat kobiet – Alice Munro swoim „Tańcem szczęśliwych cieni” jest jakby kronikarką owej rozgrzewającej się lawy pod spokojnym wulkanem codzienności.

   Co najbardziej zwraca uwagę w opowiadaniach Munro, to wyjątkowy nastrój. Autorka opisuje na wpół dzikie rejony Ontario z niezwykła plastycznością, tak dobrze zna te regiony. Nie popada przy tym ani razu w ozdobną przesadę – każde słowo jest tu potrzebne, dobrze pomyślane i na swoim miejscu. A jednak często mamy wrażenie niedopowiedzenia ze strony autorki, która umyślnie pozostawia spore pole do popisu dla naszej wyobraźni.

   Podróż do krainy dzieciństwa jest dla Munro nie tylko nostalgiczną retrospekcją. Na kartach „Tańca szczęśliwych cieni” często gości smutek. Za utraconymi marzeniami, możliwościami, które umykają człowiekowi, jeśli ich w porę nie złapie. Pomimo tego, autorka zdaje się wierzyć już wtedy, że dzięki swojej inteligencji i przenikliwości, kobiety w końcu upomną się o swoje prawa.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3