Kultura Media Warsztat literacki

Problem adaptacji, czyli jak trudno przenieść książkę na filmowy ekran

CWR-blog(17.02)
newsletter-680x680

   Kiedy ukochana powieść trafia do kin, jej czytelnicy zwykle cmokają z niezadowoleniem, odnotowując jak wiele zmieniono w stosunku do literackiego oryginału. Nie zdają sobie sprawy z tego, że za każdą taką zmianą kryje się ciężka praca scenarzysty.

   Powiedzmy sobie szczerze, większość ekranizacji książek ustępuje swoim literackim pierwowzorom pod względem jakości. Wiele z nich nawet bardzo mocno – „Niebiańska plaża”, „List w butelce”, „Eragon”, „Atlas chmur”, by wymienić tylko te głośniejsze wpadki. Dla kontrastu filmy lepsze od oryginału stanowią grupę małą, elitarną wręcz. Takie obrazy, jak „Ojciec Chrzestny”, czy „Angielski Pacjent” powstają raz na dekadę. Nie oznacza to, że filmy oparte na książkach są gorsze niż pozostałe, tworzenie scenariusza to po prostu trochę inny rodzaj pisarstwa. Łatwo tu o potknięcia, a szansa na to, że ktoś doceni pracę scenarzysty jest stosunkowo niewielka.

   Zacznijmy od pojęcia czasu. O ile powieściopisarz czasu na stworzenie powieści ma dużo, a ogranicza go jedynie konieczność opłacenia rachunków i wypełnienie własnej lodówki, zakontraktowani przez wielkie studia scenarzyści pracują pod ciągłą presją deadline. Ponadto producenci zwykle zastrzegają sobie w umowie prawo do przedterminowej rezygnacji z usług scenarzysty, co więcej są najczęściej właścicielami jego pracy. Tak więc nierzadko zdarza się, że autor traci prawo do swojego dzieła, które następnie trafia w cudze ręce, jest przerabiane i modyfikowane. To właśnie z tego powodu w napisach końcowych filmów pojawia się czasami sześć nazwisk scenarzystów, choć nie tylko nie pracowali oni zespołowo, ale wręcz często nawet nie widzieli siebie na oczy.

   Możemy sobie wyobrazić, że z takich powodów adaptujący na potrzeby filmu książkę autorzy scenariuszów działają dość często asekuracyjnie i są gotowi raczej spłycić wymowę pierwowzoru, niż przez zbytnią odwagę narazić się na utratę pracy.

   Ale to tylko jeden problem. Film trwa określoną długość – zwykle około dwie godziny, tak więc fabuła książki, choćby nie wiadomo jak długa, musi się poddać bezlitosnej procedurze kompaktowania do dużo krótszej formy. W takich sytuacjach częstą praktyką jest wycinanie fragmentów dialogów, a także pozbywanie się mniej istotnych dla fabuły wątków. Co więcej, czasami istnieje konieczność usuwania ze scenariusza ważnych bohaterów książki, bądź zespalania dwóch postaci w jedną. Jest to sztuka nie lada i trzeba niebywałej wprawy, aby na tak przetworzonym tekście nie pozostawić śladu szwów. Jest to przy tym zadanie niewdzięczne, gdyż fani książkowych oryginałów od razu zauważą kikut w miejscu fabularnej amputacji. Jeśli weźmiemy także pod uwagę fakt, iż jak już wspominaliśmy – nad scenariuszem może pracować kilka osób po kolei, mniej dziwne wydają się niekonsekwencje fabularne, pojawiające się w szczególnie długo tworzonych scenariuszach.

   Kolejnym ważnym zagadnieniem jest konstrukcja scenariusza, przy której struktura powieści wydaje się niemalże siedliskiem anarchii. Każdy scenariusz podzielony jest na akty (trzy, prawie bez wyjątku, i to określonej długości). Musi posiadać konflikt, protagonistę i antagonistę – elementy, które w powieści można mnożyć i przeplatać, tutaj muszą być jasno określone. Nieco lepiej prezentuje się sytuacja w przypadku seriali, które dysponują dużo większą ilością miejsca, zdolną pomieścić literacki materiał. Niestety jak pokazują przykłady „House of Cards”, czy „Gry o tron”, rozochoceni sukcesem serii producenci ulegają często pokusie poszerzania jej wątków do przesadnych rozmiarów, co rodzi rażące niespójności fabularne.

   No dobrze, skoro więc pisanie scenariusza adaptowanego jest tak trudnym i niewdzięcznym zadaniem, dlaczego nie brakuje chętnych do tego zajęcia? Przede wszystkim scenariusze, ze swoją dyscypliną pracy oraz wyzwaniami, świetnie nadają się do doskonalenia warsztatu w innych dziedzinach literackich. Kolejnym plusem jest fakt, iż scenariusz przyjęty do realizacji oznacza dla jego autora procent z ostatecznych wpływów jakie przyniesie oparty na nim film. W przypadku amerykańskich blockbusterów nierzadko oznacza to zysk rzędu kilkuset milionów dolarów, a więc nawet jeden procent ze sprzedaży oznacza dla partycypanta sporą kwotę.

   Wreszcie, zostawmy na koniec największą nagrodę dla autora scenariusza filmowego. Możliwość ujrzenia, jak napisane przez niego słowa ożywają na ekranach kin, przynosi frajdę trudną do porównania z czymkolwiek innym.

newsletter-680x680

WordPorn

wp1 wp2 wp3