Historia Kino Kultura Ogólne Teatr

Matka nie płacze

CWR-blog(03.01.18)2

„Bałam się zostać sama z Anią. Bałam się mojego krzyku, mnie się wydawało, że jak wrzasnę, to całe Orłowo mnie usłyszy”

Krystyna Przybylska: Możemy zajechać na grób. Pokażę. Nie musi pani wysiadać.

Wysiądźmy.

– Znowu ktoś zapalił. W wichurę znicze od Anki spadły rząd niżej. Musiałam naprawiać kostki brukowe, bo były sklejone tłustym woskiem. Kobieta, która ma tam pochowanych bliskich, powiedziała, że powinnam napisać kartkę, żeby lepiej się pomodlili, a nie stawiają znicze. Mam dylemat, bo jak ktoś już przyjedzie, to przecież chce zapalić. Latem szczególnie przychodzi mnóstwo ludzi. Czasami ktoś do mnie podchodzi i pyta, czy jestem mamą Ani i czy może mnie przytulić. Mówię: „Że też chciało się państwu przyjechać”, a oni – że nie wyobrażają sobie nie być na grobie Ani.

Czemu?

– Nie wiem. W księdze kondolencyjnej wyczytuję, że ona była niezwykła. Nie miałam jeszcze odwagi przeczytać wszystkiego, ale jeden wpis mnie zastrzelił: „Aniu, byłaś wielka. Jesteś i będziesz wielka. I kochana, tam na górze, trzymamy za Ciebie kciuki. Cała Alma w Klifie pogrążona jest w smutku, że nie będzie Ciebie z rodziną na zakupach. Będziemy o Tobie pamiętać. Dziękujemy, że byłaś taka wspaniała”. A przecież to była normalna dziewczyna.

Jak oni tu trafiają? Na grobie nie ma jej zdjęcia.

– Doszły mnie słuchy, że powinno być. Nie będzie. To jest grób mojej córki i mojego męża i będzie skromny. To nie jest żadna atrakcja turystyczna.

W pierwsze Święto Zmarłych po jej śmierci musiały być tłumy.

– Nawet mało z pogrzebu pamiętam. Tylko szpaler ludzi i białych róż wzdłuż trasy przejazdu, ochronę pod kościołem i przepychanie, żebyśmy bezpiecznie weszli do środka. Rano poszliśmy na cmentarz, a te wszystkie róże z udekorowanej Gdyni leżały przy pomniku. Ściana róż. Pomyślałam: „Matko Boska, a kto to wszystko posprząta?”. W Święto Zmarłych to samo. Poszłam rano, potem w południe, a potem około godziny 16, ale nie było jak dojść do grobu. Tysiące, tysiące zniczy. Wszystko się gotowało. Grób się gotował, ławka się gotowała. Ciągle ktoś strzelał zdjęcia. Byłam zdezorientowana. Nie wiedziałam, kto jest fotografem, a kto paparazzim.

Ma pani okazję posiedzieć tutaj sama?

– To prawie niemożliwe. Po śmierci męża przychodziłam tutaj codziennie. Obok leżą mój tato i mama, ale najpierw leżał tylko tato. Chodził na wszystkie pogrzeby znajomych. Tu pogrzeb, tam pogrzeb. I co wracał, to mówił, gdzie będzie pochowany. Drażniło mnie to. Liczy się pamięć, ale nie można cały czas siedzieć na cmentarzu. No i umarł, jak miał 61 lat.

A niedługo po śmierci taty mąż wykupił miejsce obok. Pytam: „Bogdan, co ty kombinujesz?”. A on: „Nie będziesz przecież jeździła na Witomino czy na Pierwoszyno”. I umarł dwa lata po tacie. W 1995 roku. Tak samo było z jego siostrą w Kiełczewie. Wykupili miejsce i pochowali Wandzię. Ja nie mam wykupionego i nigdy nawet o tym nie myślałam.

A po co pani przyjeżdżała tutaj codziennie?

– Po drodze z pracy. Ja nie lubię dużych kościołów, pełnych ludzi. Wolę małe kapliczki, bo wydaje mi się, że w takim małym wnętrzu to jestem tylko ja i Pan Bóg. I ja mam czas, i on ma czas tylko dla mnie. Po śmierci męża zrobiłam sobie kościół z cmentarza. Przyszłam i pogadałam. Czasami mówiłam do Bogdana, by dał mi znak. Tłumaczyłam sobie, że jak płomień pali się prosto, to znaczy, że podjęłam dobrą decyzję.

Kiedy umarł, miała pani 43 lata.

– A on 53. Bałam się, że sobie nie poradzę. Przecież on nawet do kosiarki nas nie dopuszczał, „bo nie potraficie”.

Już w sobotę, jak go zobaczyłam w szpitalu rano, wiedziałam, że to koniec. Miał ziemistą, żółtawą cerę. Pytał, czemu nie jestem w pracy, a Ania w szkole, a przecież była sobota. I sierpień. Nie powiedziałam Ani o swoich przeczuciach, bo nie chciałam jej wystraszyć. Wróciłyśmy do domu. Ania wyjechała na kajaki, a ja zeszłam do garażu sprzątać. Kiedy jestem w stresie, to mogę przewrócić mieszkanie do góry nogami. Sprzątam w szafach, nie w szafach, wszędzie. Usiadłam na moment na schodach na tarasie i pomyślałam, jak ja sobie poradzę teraz z dziewczynkami i z niedokończoną budową domu. Naszedł mnie strach, po prostu strach. Ale nie chciałam płakać, żeby Agnieszka nie zobaczyła. Układałam jego pudełka, śrubokręty, śruby, śrubeczki, i łudziłam się, że może jednak będzie dobrze. I jak przyjedzie ze szpitala, to zrobię mu niespodziankę. Wieczorem pojechałam do niego z mamą i Agnieszką. Był w jakby śpiączce. Pani doktor powiedziała: „Możecie panie iść do domu, mąż będzie spokojnie spał”. Wróciłam. Położyłam się na kanapie w dresach i o czwartej nad ranem przyśnił mi się szpital i pielęgniarka, która mówi: „Zgasło już światło mężowi”. Zerwałam się na równe nogi, chwyciłam słuchawkę, ale bałam się zadzwonić do szpitala, bo jak ją obudzę? I o ósmej telefon, że mąż zmarł o godzinie czwartej. Przyszedł się pożegnać?

Płakała pani?

– Starałam się nie. Mnie się wydawało, że ja powinnam teraz trzymać wszystko w ryzach. Nie poddawać się, żeby dzieci nie widziały mnie płaczącej. A strach był we mnie, bo co teraz, nie ma już pełnej rodziny. We czwórkę czuliśmy się bezpiecznie. Pełna chata i śmiech – my i rodzina, znajomi, sąsiedzi. A potem nagle cisza, cisza. Płakałam, kiedy one spały.

Dlaczego nie mogły widzieć, że ich mama płacze?

– Miały swoje życie. Moja mama przy nas też nie płakała. Mówiła: „Dzieci, była burza, jutro będzie słońce”.

Mnie się wydaje, że nie lubi się ludzi płaczących. Od takich, co ubolewają nad sobą, wszyscy się odsuwają. Bałam się też, że mogą sobie pomyśleć, że skoro rozpaczam, to będę od nich oczekiwała pomocy.

I radziła sobie pani bez niej?

– Szef od razu kazał mi wrócić do pracy, bo wiedział, że ja potrzebuję obowiązków i rygoru. W końcu jestem córką i żoną wojskowego i pracuję w wojsku.

Powiedziałam: „Dziewczyny, podwijamy rękawy i bierzemy się do roboty”.

Miałam trochę pieniędzy z odszkodowań po Bogdana śmierci, to kończyłam dom. Sprzedałam „malucha”, którego dopiero co odebrałam, i wstawiłam okna.

Było mi żal Agnieszki, bo skończyła szkołę radioterapii i mogła pójść na medycynę. To zdolna dziewczyna, uczyła się bardzo dobrze, ale mówi: „Mamo, jak my sobie poradzimy?”. Poszła do pracy, żeby nam było łatwiej.

Anka była niepełnoletnia. Przede wszystkim musiała skończyć szkołę. Byłam dla nich bardzo ostra. Mówiły: „Mamuś, co ty taka jesteś przewrażliwiona i wszystko czarno widzisz”, ale ja po prostu walczyłam o nie. Bałam się, żeby ktoś im krzywdy nie wyrządził. Mnie się wydawało, że jak bardziej stanę im nad głową, będę wymagać i pilnować, to będzie dobrze.

Było?

– Różnie było. Pamiętam, jak w kuchni było raz nieposprzątane. Ja do nich mówię, a one mają w dupie. Ostrzegłam je, że jak zaraz pierdolnę tymi garami… I walnęłam. Anka zleciała z góry, pyta, co się stało, a ja mówię: „Kurwa mać, albo się weźmiecie do roboty, albo się ogarniecie”. Poszłam do pracy i rozpłakałam się przy koleżance, że nie umiem się z nimi dogadać. A Terenia na to: „Krysia, nie reaguj, zostaw to sprzątanie. Najważniejszy jest dialog, nie krzyk, nie wrzask”.

Umiała pani nie reagować?

– Nie czepiałam się, bo koleżanka mnie przekonała, że mam niczego w domu nie ruszać, choćbym się miała przewrócić. I faktycznie, najpierw Agnieszka, potem Anka sprzątnęły. Byłam spokojna, to zaczęły się martwić, co się ze mną dzieje. I zaczęłyśmy rozmawiać. O sprzątaniu, o obowiązkach i o życiu. Że trzeba iść do przodu, kochać i szanować ludzi. Teraz wiem, że warto odpuszczać kłótnie z dziećmi, nawet wbrew sobie. Bo czy tak ważne to sprzątanie?

No właśnie. Ważne?

– Myśmy wszystkie były pedantki, ale Anka prześcignęła mnie i moją mamę. Agnieszka uważa, że dom jest dla niej, a nie ona dla domu, ale Anka to non stop wszystko czyściła. Ale nie na siłę, taki odruch mamy po prostu. I obowiązek jakoś trzyma człowieka w ryzach. Niedawno zepsuła mi się niszczarka do dokumentów, to siadam, karton, nożyczki, i tnę, kartka po kartce.

Cały artykuł przeczytasz w Wysokich Obcasach Extra.

Prenumeratę możesz zamówić tutaj.

WordPorn

wp1 wp2 wp3